Wyjazd #4 - Jezioro Kierskie
Data: 26 Marca 2010
Czas: 14:20 - 16:15
Dystans: 28.7 km
Warunki pogodowe: 21-22 °C, słonecznie, wiatr około 20 km/h.
View Trasa Mar 26 in a larger map
Piękna pogoda, piękne dziewczyny, tylko jezioro musi jeszcze “dojrzeć”.
Start jak zwykle przez Park Kasprowicza i Wojskową, do Grunwaldzkiej. Nie skręcam jednak w Przybyszewskiego tylko kontynuuję prosto do Grochowskiej. Ludzi na chodnikach i przystankach jest sporo, ale to i tak dość przyjemny odcinek, jakimś zagubionym kawałkiem ścieżki rowerowej idzie dziewczyna z nosem w książce. Ładna - można wybaczyć! Po ulicy Szpitalnej trafiam na Dąbrowskiego, a tu czeka na mnie kawałek chodniko-ścieżki, która niestety kończy się przy św. Wawrzyńca. Ulica Henryka Dąbrowskiego (zaczyna się przy Moście Teatralnym w centrum miasta) ze względu na duże natężenie ruchu nie należy do najprzyjemniejszych tras i z tego samego powodu nie jest też najbezpieczniejsza. Dlatego też, chwała temu, kto wymyślił równoległą do niej dojazdówkę do domków na tym przedmieściu. Jazda jest przyjemna, ludzi mało, czasem jakiś samochód czy krawężnik, ze dwóch śpiących policjantów. Bliskość dwupasmówki daje się niestety we znaki, ołowicy można dostać.
Na skrzyżowaniu z Santocką stoi mapka. Z niej wnioskuję, że to zielone na północ od Polanowskiej to pewnie jakiś lasek, na pewno będzie przyjemniej jechać tamtędy niż dalej wąchać bezołowiówkę (to jak to właściwie jest z tą ołowicą?). Klimaty w tej części Jeżyc zdecydowanie wiejsko-bardzo-podmiejskie. Sama ulica Polankowa okazuje się gruntowym torem enduro, drogą tego nazwać nie sposób, co większe dziury mają swoje dziury, strach pomyśleć jak to wygląda po deszczu. Mimo to, jedzie się przyjemnie, można się poruszać, no i las jest. Jakiś nieszczególny, ale zawsze.
Nie zapamiętałem jakoś szczególnie trasy i z Polankowej skręciłem w Słupską, którą w zasadzie miałem wracać.. Dobrze się stało, w każdym razie - większość trasy w dół, a ruch spory, chodnika brak, ciężarówki pędzą. I tutaj czuć dopiero las, sosnowa żywica pięknie pachnie. Dzięki znakom drogowym trafiłem ostatecznie nad jezioro, na ścieżkę, zwaną ulicą Nad Jeziorem. Zieleni w zasadzie brak, ale i tak widok wody cieszy, jest ciepło, ludzie sobie drepczą, w pełni był nawet jeden wczesny piknik. Droga idzie brzegiem jeziora, przez las, który dochodzi do samej wody. Dostępu do niej nie ma za wiele, spodziewałem się czegoś innego, szczerze mówiąc. Pod koniec ulicy trochę się zasapałem i na Międzyzdrojskiej wstąpiłem po coś do picia do sklepu, a jedzący hotdogi panowie z jakiejś ochrony popilnowali mi roweru.
Powrót to mniej więcej taka sama trasa, z tą różnicą, że osiedle Krzyżowniki tym razem objeżdżam Słupską i Dąbrowskiego. Znów jestem na tej bezimiennej równoległej dojazdówce, w tym miejscu akurat jest jednokierunkowa i wyłożona granitową kostką, denerwującą dla rowerzysty. Co ciekawe, gdy tak sobie powoli brnąłem przez ten generator wstrząsów, z drugiej strony po tej kostke nadjechała dziewczyna na rolkach. Popatrzyłem najpierw na nią, ona na mnie, ja na jej rolki, ona też. Wtedy kółko jej w coś wpadło i straciła na chwilę równowagę. Dziwne, ale obojgu nam się z tego micha cieszyła przez chwilę. Mijam Ogrody i jadę dalej Dąbrowskiego, a potem Przybyszewskiego. Rozpierducha, remont, Sodoma i Gomora, a korek jak sam ssyn. Uwielbiam tą część miasta w szczycie..
Tyle, następnym razem, gdy pojadę w tamte rejony, mam zamiar okrążyć całe jezioro i tym razem się nie zgubić.